zofia beszczyńska

| wersja polska | english version | version française | versión española |

(fragment)

Marek obudził się w środku nocy. Coś mocno stuknęło w okno jego pokoju. Zerwał się przerażony, sen pierzchnął bezpowrotnie. Taki był wyraźny, niezwykły! a teraz nie mógł go sobie przypomnieć. Za nic.
Lecz hałas, który go obudził, nie pochodził ze snu.
– Kto... co tam? – wyrzucił z siebie schrypniętym głosem.
W odpowiedzi usłyszał tylko stukot drewnianej ramy o ścianę.
Usiadł na łóżku wyprostowany jak struna. Szyba głośno brzęknęła, ale się nie stłukła. Ktoś mógł rzucić w nią kamieniem. Nie, prędzej gałęzią. Ale choć z okna wyraźnie było widać las, przed domem nie rosło żadne drzewo. Może więc – z wrażenia zaparło mu oddech – trąciło ją skrzydło ptaka?
Na pewno dużego. Takiego, który lata i poluje nocą. Nie sowy ani puszczyka, bo mają miękkie skrzydła. I latają bezszelestnie. Chyba że było to uderzenie dzioba. – Wzdrygnął się.
Skrzydło okna z trzaskiem uchyliło się w stronę pokoju. W wychodzącej na noc szybie ujrzał zamazane odbicie swojej sylwetki: chudego trzynastolatka w rozciągniętym podkoszulku, ze strzechą skołtunionych włosów na głowie. Z okrągłymi jak u ptaka oczami, teraz rozszerzonymi ze strachu. W ciszy wyraźnie rozlegał się głuchy, nierówny łomot jego serca.

Do góry |

Menu Zofi Beszczyńskiej: