zofia beszczyńska

| wersja polska | english version | version française | versión española |

Zwierzątko

– Mój dom jest twoim domem. Kiedykolwiek zechcesz – powiedział na koniec.
Kto by przypuszczał, że to, co miało być pożegnaniem, okazało się tylko odroczeniem? Że spotkamy się po roku.
Ale ja miałam już wtedy Zwierzątko.

– Zabieram was na na wycieczkę – oznajmił.
Zamówił samochód.
Pojechaliśmy daleko, gdzie, nie miałam pojęcia. Otoczyły nas góry, ale one rosły wszędzie w tym kraju. Był górzysty, bez dostępu do morza, za to z jednym, najpiękniejszym na świecie jeziorem. Gdy się go przepłynęło, trafiało się do miasteczka z innego czasu.
On jednak przywiózł nas gdzie indziej. Chociaż szeroki, starannie utrzymany dziedziniec skłaniał się ku nieruchomej w upale południa wodzie, nie była ona częścią jeziora. Znaleźliśmy się nie w zachwycającym miasteczku, lecz prawosławnym klasztorze.
Wewnątrz przywitała nas stara kobieta, drobna i pomarszczona jak orzeszek. To ona opiekowała się klasztorem, gdy mnisi się modlili.
Na przykrytym białym obrusem stole czekała butelka rakii, szklaneczki i taca z rachatłukum.
Wypiłam, chociaż nie pijam wódki, a już na pewno w południe. Zjadłam, chociaż nie jadam słodyczy, a już na pewno przed obiadem. W sali było chłodno i cieniście, staruszka uśmiechała się bezzębnymi ustami. Jej owinięta chustą głowa świeciła jak w aureoli.
Na stole lśnił obrus i szkło i nagle pośród nich objawiło mi się Zwierzątko.
Mały biały królik o sierści niby puch dmuchawca i ślepiami jak krople krwi. Spojrzał mi prosto w oczy i płynnym, niedostrzegalnym ruchem wskoczył do środka.
Mężczyzna obok płynnym, niedostrzegalnym ruchem położył mi dłoń na udzie.
Zwierzątko drgnęło. Czerwone oczy błysnęły.
Nagle wrócił do mnie sen z wczesnej młodości. Stałam nad rzeką, a z drugiego brzegu patrzyło na mnie małe białe zwierzę o oczach jak diamenty. Wiedziałam, że na mnie czeka, ale nie umiałam przejść przez wodę. Potem znikło.
Mężczyzna cofnął dłoń.

Do góry |

Menu Zofi Beszczyńskiej: